Tęsknię czasem za widokiem z okna.
Całe życie tułałam się między piętrem dziesiątym, a
ósmym, w porywach do dwunastego, a teraz wylądowałam na drugim. Marnie. Nie
widać całego miasta. W ogóle widać niewiele. I nie ma tego niesamowitego
wrażenia, kiedy siedzi się w nocy na parapecie i patrzy gdzieś, hen daleko. Za
to są korony drzew, przedszkole pod blokiem i gołębie, które zawsze przesiadują
na balkonie i gapią się na mnie co rano, kiedy robię kawę. Zawsze coś.
Ale wbrew pozorom, jestem zadowolona. Do tej dzielnicy
Lublina zawsze miałam jakiś dziwny sentyment, spowodowany sama nie wiem czym.
Może za dużo słuchałam Juniora Stressa w cudownych latach młodości? Bo co
prawda architektura nie porywa, przez ścianę słychać wszystko, nawet jak sąsiad
kichnie, i każdego dnia zastanawiasz się, czy nie zginiesz przez zatrucie czadem
(ach, te piecyki gazowe), to klimat i tak jest niesamowity. Do tego ta szalona
mieszanka mieszkańców – emeryci, studenci i koty (poważnie, jeśli wychodzisz z
domu i nie spotykasz po drodze koteła, to znaczy, że masz problemy ze wzrokiem).
No i jeszcze ja.
Pierwszy raz w życiu też mieszkam sama. Nie z rodzicami,
nie ze znajomymi, nie z siostrą, czy przyjaciółką, nie z Nim. Sama. I jest mi
dobrze. Bardzo dobrze. Łatwo przyzwyczaić się do takiej samotności. I sama nie
wiem, czy przypadkiem nie powinno mnie to niepokoić.
„…wystarczy mi w bloku chałupa…”
Przynajmniej na razie.






