Moje dzieci zdają maturę.
Niesamowite, jak ten czas leci. Pamiętam, jak będąc na drugim roku studiów zaczęłam udzielać korepetycji. Jakby to było wczoraj.
Pierwsza była Gosia – siedmioletnie wówczas dziecko o aparycji elfa. Uczyłam ją pisania literek po śladzie i podstawowych słówek po angielsku. Zanim się obejrzałam, przerosła mnie o głowę.
Potem poznałam Baśkę – zapaloną pływaczkę, która całe dnie spędzała na basenie i marzyła o tym, żeby kiedyś wystartować na olimpiadzie. Jestem pewna, że jej się uda.
Była też Majka – artystyczna dusza, która potrafiła ołówkiem wyczarować takie rzeczy, że szczęka opadała.
I Julia – blondwłosa piękność, która niejedno serce złamie i niejedno naprawi. Bo będzie kardiolożką. Bez dwóch zdań.
Maksymilian – chłopak o niesamowitej wrażliwości i cudownym poczuciu humoru. O panie, jak ja czekałam na lekcje z nim, to nie mam pytań.
No i Kasia – moja imienniczka. Zajęcia z nią nałogowo zamieniałam w konwersacje, nawet wtedy, kiedy powinnyśmy omawiać mowę zależną. Dziewczyna przeczytała tyle książek, że tematy do rozmów się nie kończyły. A „Świat dysku” mogła cytować z pamięci.
Miałam ogromne szczęście, że uczyłam te dzieciaki. Kiedy myślę o nich, to z nadzieją patrzę w przyszłość.
"I kiedy ostatni raz dałeś sobie czas na szansę zamiast liczyć dni?
Bo ja dziś."

