To namieszałam.
Wypadałoby więc co nieco wyjaśnić sytuację.
Związki na odległość są do dupy – o tym nie muszę chyba
nikogo przekonywać.
Ale…
Poprzednia notka z moim związkiem nie miała absolutnie
nic wspólnego.
Ostatnimi czasy dobija mnie moje miasto.
Mamy trochę toksyczną relację. Nie zrozumcie mnie źle –
kocham Lublin. Powiedziałabym nawet, że uważam się za lokalną patriotkę. Dobrze się tu czuję, to jest moje miejsce, tu się wychowałam. Potrafię się nim zachwycić, dostrzec jego piękno.
Trudno jednak dyskutować z tym, co oczywiste – szarością, brudem, patologią, której jest niemało, brakiem perspektyw.
Wszystko to sprawia, że coraz więcej osób ucieka jak najdalej
stąd i dość często są to osoby bardzo mi bliskie.
Jakiś czas temu wyjechał mój przyjaciel – świetny facet, bardzo
inteligentny, mający dobre wykształcenie i głowę na karku. Nie mógł tu znaleźć
pracy przez kilka miesięcy, a ewentualne propozycje, które otrzymywał, były po
prostu żałosne. W innym miejscu mógł zacząć od razu, z przyzwoitą pensją i w
zawodzie. Nic dziwnego, że nie zastanawiał się zbyt długo.
Nie on pierwszy i zapewne nie ostatni.
Stąd też ta pustka, która powoli staje się nieodłącznym elementem mojej codzienności.
A na zdjęciu mural, który chyba lepiej, niż cokolwiek
innego, obrazuje całą sytuację
(Lublin – ul. Leonarda, LSM; źródło: Kurier Lubelski).
"To technopolis mnie męczy, wysysa z krwią rozsądek.
Zwiększa się świata majątek, lecz coraz bardziej znika człowiek.
Tylko w snach mnie tu nie ma i tylko w snach czuję radość.
Otwieram oczy i zamiast plaży znów miasto."
