sobota, 24 listopada 2018

Kortez "Hej Wy" / Stephen King "Desperacja"

„Wróżyli mi, że skończę marnie.
Patrz, jaki wtedy mieli dar.
Choć nie dmuchali w moje żagle – odpłynąłem.”

Jestem pogrążona w desperacji. A raczej – w „Desperacji” – bo to tytuł kolejnej książki Pana Kinga, którą czytam. Od tej rzeczywistej jednak, mam wrażenie, dzielą mnie milimetry.

Bo to wcale nie jest fajne spędzać codziennie 8 godzin w atmosferze wszechobecnego zrezygnowania i ogólnej agonii. Niefajnie jest żegnać kolejnych kolegów i koleżanki z pracy, zastanawiając się, dlaczego akurat ja jeszcze nie dostałam wypowiedzenia. Niezbyt sympatycznie również jest ciągle odpowiadać na pytania, co to się u mnie w robocie porobiło (a jeśli ktoś nie odzywał się do mnie od 3 lat, to tym bardziej nie kumam, dlaczego uznał, że to najlepszy moment i temat, żeby akurat zagadać). A tak w ogóle, czego ty się spodziewałaś Kaśka? Przecież pracujesz dla złodziei.

Serio? No mnie jakoś nie okradli.

Szukam więc pracy.

Szukam tej pracy w miejscu, gdzie wciąż normą podczas rozmowy jest pytać kobietę, jaki jest jej stan cywilny, czy przypadkiem nie jest w ciąży („przypadkiem albo wcale nie przypadkiem, huehuehue” – tak, to cytat), ewentualnie kiedy tę ciążę planuje. W miejscu, gdzie proponowanie najniższej krajowej to standard, a pracodawca jest dumny z siebie, że w ogóle zapewnia umowę o pracę, bo to „przecież pani wszystkie składki popłacone”. A stosowanie systemu premiowego, w którym te premie będą wręczane „no tak no… pod stołem” już przestaje mnie dziwić.

Staram się więc uniknąć bezrobocia i przy okazji nie zwariować. Trzymajcie kciuki.


„Na tym polega problem ze śmiechem, że jest zbyt podobny do gazów. Czasami możesz się powstrzymać, ale przeważnie jednak nie możesz.”