"Tak to bywa, jak w starej piosence. Na torcie z wierzchu jest lukier, a pod spodem cała masa goryczy. Ludzie zapomnieli o tobie, umarli, wyłysieli, potracili zęby. W paru wypadkach popadli w obłęd. Och, życie jest cudowne! Jak diabli, stary!"
Nigdy nie byłam mistrzynią, jeśli chodzi o regularne pisanie na blogu, ale w tym roku przechodzę samą siebie. Bo co z tego, że chęci są, skoro z realizacją co najmniej marnie.
Bo i o czym tu pisać. Mam wrażenie, że dni jeden po drugim zlewają mi się w jedno. Że nie dzieje się nic znaczącego. Że życie przecieka mi przez palce.
Od jakiegoś czasu staram się tez nie zasypywać tego miejsca smutnymi rzeczami. Dlatego nie pisałam o tym, jak błagałam wręcz dyspozytorkę pogotowia o karetkę. O tym, jak stałam w czarnym swetrze przed kościołem trzymając Go za rękę i telepiąc się mimo trzydziestostopniowego upału. O tym, jak o trzeciej w nocy dzwoniłam do zakładu pogrzebowego. Ani o tym, jak moje zaufanie zostało po raz kolejny zdeptane przez jedną z najbliższych mi osób. Czy o nocach, których nie przespałam martwiąc się o ludzi, na których mi zależy. Ani też o tym, że noszę się z podjęciem decyzji, która - jestem tego pewna - wywróci mój świat do góry nogami.
Ale przecież w tym roku zdarzyło się też sporo naprawdę dobrych rzeczy. Zostałam mamą chrzestną cudownej dziewczynki. Moja babcia obchodziła kolejne okrągłe urodziny. Mój malutki braciszek ożenił się ze wspaniałą, mądrą kobietą. Wciąż mam pracę. Dostaję nowe, dodatkowe projekty. Nie przytyłam. Odkryłam najlepszego Pad Thaia w mieście. Serio, mogło być zdecydowanie gorzej.
I tego się będę trzymać.
