„Wróżyli mi, że skończę marnie.
Patrz, jaki wtedy mieli dar.
Choć nie dmuchali w moje żagle – odpłynąłem.”
Jestem pogrążona w desperacji. A raczej – w „Desperacji”
– bo to tytuł kolejnej książki Pana Kinga, którą czytam. Od tej rzeczywistej
jednak, mam wrażenie, dzielą mnie milimetry.
Bo to wcale nie jest fajne spędzać codziennie 8 godzin w
atmosferze wszechobecnego zrezygnowania i ogólnej agonii. Niefajnie jest żegnać
kolejnych kolegów i koleżanki z pracy, zastanawiając się, dlaczego akurat ja
jeszcze nie dostałam wypowiedzenia. Niezbyt sympatycznie również jest ciągle
odpowiadać na pytania, co to się u mnie w robocie porobiło (a jeśli ktoś nie
odzywał się do mnie od 3 lat, to tym bardziej nie kumam, dlaczego uznał, że to
najlepszy moment i temat, żeby akurat zagadać). A tak w ogóle, czego ty się
spodziewałaś Kaśka? Przecież pracujesz dla złodziei.
Serio? No mnie jakoś nie okradli.
Szukam więc pracy.
Szukam tej pracy w miejscu, gdzie wciąż normą podczas rozmowy jest pytać kobietę, jaki jest jej stan cywilny, czy przypadkiem nie
jest w ciąży („przypadkiem albo wcale nie przypadkiem, huehuehue” – tak, to cytat),
ewentualnie kiedy tę ciążę planuje. W miejscu, gdzie proponowanie najniższej
krajowej to standard, a pracodawca jest dumny z siebie, że w ogóle zapewnia
umowę o pracę, bo to „przecież pani wszystkie składki popłacone”. A stosowanie
systemu premiowego, w którym te premie będą wręczane „no tak no… pod stołem”
już przestaje mnie dziwić.
Staram się więc uniknąć bezrobocia i przy okazji nie
zwariować. Trzymajcie kciuki.
„Na tym polega problem ze śmiechem, że jest zbyt podobny
do gazów. Czasami możesz się powstrzymać, ale przeważnie jednak nie możesz.”






