Nie trzeba należeć do grona najwierniejszych czytelników mojego bloga, aby zorientować się, że nie lubię Świąt. Nie lubiłam nigdy i nigdy się z tym nie kryłam, wprawiając w zakłopotanie każdego, kto mnie o Święta zapytał. W tym roku jednak to, co się działo, zaskoczyło nawet mnie. Niestety, obyło się bez pozytywnych niespodzianek i wybuchów radosnego entuzjazmu.
Zaczęło się jeszcze w noc przed Wigilią, kiedy telepiącymi się z nerwów rękami wzywałam karetkę. A kolejnych kilku godzin spędzonych na izbie przyjęć, godzin wypełnionych bezsilnością i lękiem o bardzo bliską mi osobę, nie zapomnę pewnie przez długi czas.
I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć, bo wszystko, co działo się później, kręciło się wokół tamtego wydarzenia. Przynajmniej w mojej głowie. Bo tak poza tym, to wiecie:
- może jeszcze sałatki?
- chyba znowu schudłaś!
- weź zostaw to zmywanie, chodź do nas
- a ten twój, to gdzie?
- za rok to już może w większym gronie, co?
- a śledzi czemu nie zjesz?
I tak w nieskończoność.
Sylwester miał więc być odskocznią, beztroskim czasem spędzonym na luźno w fajnym gronie. Ale nie. Usłyszałam, jak to "muszę" zadecydować, co jest dla mnie "ważniejsze". Jakie są moje "priorytety". Dokonać "wyboru". I inne takie tego typu. A dupa. Nic nie muszę. I kropka.
Dlatego jakoś wcale nie martwi mnie powrót do pracy i fakt, że jutro o tej porze pewnie znów będę planowała kolejne lekcje. Cóż, pewne nawyki, również te nienajlepsze, się nie zmieniają.
"should've known..."
A Wam życzę, aby ten Nowy Rok był o niebo lepszy, niż poprzedni!