„Ty to masz szczęście!”
Słyszę
to ostatnio co chwilę, jak jakąś zaciętą płytę, i za każdym razem czuję, jak
nóż w kieszeni mi się otwiera, a chęć mordu staje się silniejsza, niż potrzeba
zjedzenia słoika Nutelli. Naraz.
Ale
o co mi chodzi? Przecież taka ze mnie farciara.
Poza
tym, mi to się w ogóle wyjątkowo udało (bo udało się samo, podkreślam), gdyż urokami
bezrobocia przyszło mi delektować się raptem dwa tygodnie. A potem znalazłam
pracę. I to nawet bez znajomości. W zawodzie. Dacie wiarę? Tak po prostu. Nawet
nie byłam w Urzędzie Pracy. Życia więc nie znam. I powinnam być wdzięczna
niebiosom, że spotkał mnie tak łaskawy los.
Oczywiście
fakt, iż zaczęłam działać na długo przed otrzymaniem wypowiedzenia, nie
świadczy absolutnie o mojej przedsiębiorczości, czy chociażby zdrowym rozsądku.
Wieloletnie doświadczenie na pewno nie miało z tym też nic wspólnego. Podobnie
jak godziny spędzone na przeglądaniu ofert, dziesiątki wysłanych CV oraz
kilkanaście rozmów, które odbyłam. No i gruby plik referencji, które za każdym
razem na te rozmowy zabierałam.
To
wszystko nic. Fart i tyle.
"Odpocznij,
zapomnij o tych, co skrzywdzili Cię.
Ciemna woda, mętna woda
w Twoich oczach pełnych obaw."






